Makijaż i poranna pielęgnacja twarzy 2w1 . Pharmaceris, Logona, Lavera, AA Wings



Mój  makijaż musi być  prosty i sprawiać mi przyjemność. Aplikuje to co muszę, by wyjść do ludzi i czuć się dobrze. W tym roku nastąpił przełom, w końcu mam krem z filtrami i to CC, który daje mi  poczucie komfortu. Nie świecę się jak gwiazda w upalne południe. Oczy mam lekko podkreślone czernią. Usta koloru Malvy, zadbane i lśniące. To za sprawą paru kosmetyków, które są sprytne i ułatwiają szybki makijaż.



Pharmaceris Krem tonujący CC , SPF 30 , do skóry naczynkowej, wybrałam ze względu na zawartość filtra 30,  a także jego właściwości lekko kryjące i korygujące zaczerwienienia i niedoskonałości.  Dziękuje za polecenie mi go Dorocie z bloga https://www.wblaskumarzen.pl/ , u której również znalazł się w ulubieńcach kwietnia. Szukałam czegoś na szybko, odpadały zakupy przez internet. Nie będę się tłumaczyć, że nie naturalny, bo ważne że mogłam go kupić od ręki w aptece i nie kosztował majątku. Oczywiście wcześniej wzięłam próbki  i w 100% mi odpowiadał. Taki Krem CC powinien starczyć solo, w końcu ma on zapewnić wielofunkcyjną pielęgnację. A przy skłonności do przesuszenia dobrze jest dać pod niego np serum. Ja nie zawsze stosuje i krem nie wysuszył mnie mocno, ani też nie spowodował niedoskonałości. Dodam więcej, od kiedy sumiennie go używam mam mniej tych niedoskonałości. Teraz rozumiem, że promienie UV nie koniecznie przynoszą mi pożytek, a mogą nasilać problemy z cerą. Zaczęłam się też  bliżej przyglądać kosmetykom tej marki, bo widzę że w ciągu tych paru lat jednak wiele się zmieniło. Czy przechodzę na nienaturalną stronę mocy, czas pokaże.



Lavera cień do powiek w kredce Smoky Eyes odcień nr 1 Black. Niech Was nie zwiedzie nazwa tego produktu, bo służy mi  do malowania czarnej kreski wzdłuż linii rzęs. Jest on kremowy, troszkę tłustawy. Bardzo łatwo się nakłada i daje naprawdę mocną czerń. Jednak nie polecam go na gorące dni. Również gdy macie skłonność do tzw. tłustej powieki, bo cień będzie zjeżdżał w dół, wchodził na rzęsy i do oka. Ma  jednak i  swoje plusy, w ogóle nie podrażnia oczu.  Nawet jak się rozmaże, to można go zetrzeć palcem i po kłopocie. Kiedy jednak temperatury są znośne, to ta kredka okazuje się być całkiem trwała i jak się okazało nawet po basenie nie znikła z oczu (wiem, że na basen nie należy się malować, ale jak chodzę z synem, to nie pływam).  Opakowanie nie jest drewniane, tylko z tworzywa, ale cienia się nie wysuwa, tylko trzeba go zaostrzyć temperówką.  Lepiej mi się go nakłada jednak gdy jest grubszą kredką. Skład możenie poczytać TUTAJ.
Na zdjęciu poniżej również: Kredka do brwi Lily Lolo, której recenzję pisałam już na blogu (LINK). Absolutnie prosta w obsłudze, sprawdza się do podkreślenia brwi, a ostatnio robiłam nią również kreski na powiekach. Strony jasnej używam obecnie do podkreślenia dolnej linii rzęs.



Logona błyszczyk do ust nr 4 Malve . Zawiera kompleks anti-aging z olejem z nasion bio-żurawiny, wyciągami z pestek bio-jabłek i bio-brązowych alg wraz z mieszanką rozdrobnionych kamieni półszlachetnych pielęgnują delikatną skórę ust.  Skład możecie poczytać TUTAJ.
Lubię błyszczyki do ust, zwłaszcza na co-dzień. Często też noszę go  w torebce, aby poprawić usta w ciągu dnia. Oczekuje, aby opakowanie było higieniczne. A wiadomo jak jest z błyszczykami z aplikatorem- pędzelkiem. Za każdym razem jak go użyjemy, przenosimy różne mikroorganizmy z ust do środka błyszczyku. Zauważyłam, że takie błyszczyki szybo mi się psują, zwłaszcza że używam naturalnych.  Poza tym, ten wyciskany błyszczyk, to dla mnie takie miłe wspomnienie z czasów nastoletnich, bo kiedyś miałam taki błyszczyk w tubce z Lancome. 
Błyszczyk Logona ma tą zaletę, że nie jest lepiący na ustach, w ogóle nie jest mocno wyczuwalny i daje poczucie naturalnego makijażu, bez obciążania skóry nadmiarem produktu. Efekt, jaki można nim uzyskać widać na zdjęciach poniżej.





AA Wings of Color  Magic Curl Tusz podkręcający. Jest to drugie opakowanie tuszu jakie kupiłam w Rossmann, tym razem w promocji. Moją opinię na blogu znajdziecie TUTAJ. Trochę Was zmartwię, bo tusz obecnie ma lekko zmienione opakowanie.  Jest ono z innego rodzaju plastiku, takiego błyszczącego. Według mnie wielkość opakowania też uległa zmianie, widać to wizualnie.
W starszej wersji było 10 ml,  w nowszej jest 6 gram. Trudno stwierdzić, czy to ta sama ilość, bo nie znam się na gęstości. Być może jest to ta sama ilość? Jeśli ktoś wie, niech da znać w komentarzu?  Szczoteczka ma minimalnie inny kształt,  zauważam też różnicę w trwałości.  Myślałam, że Tusz był kupiony w 100% nowy, nie otwierany, przynajmniej nie było tego widać w sklepie. Wcześniej jednak na opakowaniu było zabezpieczenie przed otwieraniem. Te nowe wersje nie mają tej naklejki zabezpieczającej, co jest po prostu nie fair. Bo kto chce kupować tusz wcześniej otwarty przez inną osobę w sklepie? Dla mnie bardzo ważne jest aby mieć pewność świeżości produktu.
Porównanie starej i nowej wersji na moim Instagram z zapisanych relacjach "kosmetyki".



Napiszcie koniecznie,  co myślicie o moich ulubieńcach i czy coś Was zainteresowało?


Komentarze

  1. Nie znam tych produktów, ale najważniejsze, że jesteś zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie znam Twoich ulubieńców, ale właśnie szukam jakiegoś fajnego tuszu do rzęs.

    OdpowiedzUsuń
  3. Krem z Pharmaceris wydaje się ciekawy i myślę że sprawdziłby się i u mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. też stawiam na lekki, delikatny makijaż ale z fokusem na usta

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, to nie ładnie z tym niezabezpieczonym tuszem.

    OdpowiedzUsuń
  6. ja nie łubie takich niespodzianek z tuszami

    OdpowiedzUsuń
  7. tak samo jak eyeliner eveline kupilam i ani nie ma naklejki zabezpieczajacej ani nic. Kazdy mogl go otworzyc i wlasnie chyba uzywany kupilam :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie znam żadnego z tych produktów, a co do zabezpieczania opakowań... Czekam na moment kiedy marki zaczną dokładnie foliować WSZYSTKIE swoje kosmetyki...

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję za wspomnienie o mnie :* Dopiero przeczytałam ten post ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Copyright © Retromama.blog