Klareko Zmywające GARmydło i Len Myjka

akcesoria


Trudno uwierzyć, a jeszcze pamiętam czasy kiedy płyn do mycia naczyń nie był środkiem tak oczywistym i powszechnym jak obecnie. Nie wiem, czy ja jestem tak stara, czy to świat tak pędzi szybko do przodu.
Mamy teraz wszelkie udogodnienia, dostęp do higieny jest łatwy, zmywarka to urządzenie prawie na każdą kieszeń. A pomimo tego, możemy nadal nie czuć się komfortowo. Chemia niszczy nam dłonie, a sprzęt zużywa energię zubożając nasz portfel.

W sklepie cudanatury.eu zainteresowało mnie: Zmywające Gar Mydło Bezzapachowe Klareko. 

Pomyślałam, że to dobre rozwiązanie zerowaste, sprzyjające ograniczeniu plastikowych butelek po płynach. Co prawda staram się kupować płyn do naczyń w większym opakowaniu, oraz aby był on wydajny i starczył na długo. Plastik to jednak zawsze plastik. Ja wyrzucam, ktoś odpady zbiera, ale co z tym dalej się dzieje nie widzę. Czy opakowanie jest przetworzone, czy zalega na wysypisku, albo pokonuje setki kilometrów w kierunku oceanu. 
Musimy zmienić myślenie, nie patrzeć tylko na swoją wygodę. Zastanowić się, jaką planetę pozostawimy następnym pokoleniom.
Obecne wybory decydują o przyszłości i dotyczy to też spraw błahych, nawet takich jak wybór środka do zmywania.

Klareko Zmywające GARmydło jest to płyn do mycia naczyń, tyle że w formie kostki.

Do mydła przydatna jest oczywiście gąbka, którą powinno pocierać się kostkę w celu wytworzenia piany. Ja do tego celu używam albo szczotki do naczyń, albo myjki z lnu, o  której pisze w dalszej części wpisu. Piana jaką wytwarza mydło jest wystarczająca, aby umyć naczynia. Niestety mydło pozostawia też osad, przez co trzeba dolać do drugiej komory zlewozmywaka trochę octu i w tym płukać naczynia.
Dobrze jest też trzymać mydło nie bezpośrednio przy zlewie, gdyż namaka  i robi się troszkę gluta.

Mydło Klareko jest zapakowane w papierową torebkę z niezbędnymi informacjami. Tam też można przeczytać skład:

opakowanie

soap


Drugą rzeczą przydatną do mycia naczyń jest u mnie : Lenmyjka Mniejsza Klareko

Myjka wykonana w 100%  z lnu. Mała i poręczna, idealna do mycia szklanek. Nie jest szorstka, przez co nie podrażnia dłoni. Jednak aby lepiej domyć kubek np. po kawie dobrze jest posypać myjkę odrobiną sody oczyszczonej.
Myjka posiada zawieszkę, więc można ją powiesić na kranie. Jest łatwa do wyprania, a nawet jak jest mokra to nie pleśnieje i nie ma brzydkiego zapachu. Cechuje się dobrą trwałością, posłuży więc zapewne długi czas. Bez problemy można ją prać w pralce.

Do Myjki dołączony jest kartonik z informacjami:

opakowanie



Mam nadzieję, że zainteresują Was moje rozwiązania zerowaste. Może uda  mi się przekonać choć parę osób do porzucenia starych nawyków. Moim marzeniem jest, aby wchodząc do zwykłej drogerii kupować takie produkty, które są wytwarzane nie tylko z chęci zysku, ale i z myślą o planecie.



Delia Wygładzające Serum do twarzy szyi i dekoltu Kwas migdałowy 5%

serum delia


Sezon na kuracje kwasami właściwie na dobre się zaczął. Jak co roku sumiennie obiecuje sobie zrobić w końcu coś z tą twarzą. Słońce już nie grzeje, twarz latem dobrze chroniłam filtrami UV, przebarwień nie mam. Za to trądzik rozgościł się na mojej brodzie i szyi na dobre. Trzeba mu draniowi skutecznie odciąć źródło zasilania. 

Wygładząjace Serum Delia cosmetics można kupić w cenie już od 10 zł. 


Niestety dałam się nabrać, bo pojemność wynosi tylko 10 ml. Jak na produkt przeznaczony do twarzy, szyi i dekoltu to bardzo malutko. Opakowanie w sklepie wydaje się być o wiele większe przez obecność kartonika. Ciekawe ile osób daje się nabrać na takie chwyty?

 Przejdźmy jednak do obietnic producenta:


opis na opakowaniu


Na opakowaniu mamy informacje z języku polskim i angielskim. 

Producent zapewnia nas o tym, że mamy do czynienia z produktem profesjonalnym, który może być stosowany w domu. Według mnie takie stężenie z jednej strony jest bardzo bezpieczne, a z drugiej strony efekt może być mizerny. 

Rekomendowany przedział wiekowy 25+
Dla skóry szorstkiej, także dla tłustej i trądzikowej.

Skuteczny eksfoliant. Rozjaśnienie przebarwień skórnych. Mniejsza widoczność zmarszczek. Optyczne zwężenie porów skóry. Nawilżenie...
Czyż te obietnice nie są wspaniałe? 

Serum powinno się stosować  codziennie przed snem. Kuracja powinna trwać dwa tygodnie. 

Przy aplikacji i bezpośrednio po niej nie odczuwałam żadnego pieczenia, czy podrażnienia skóry. 

Warto zawsze spojrzeć na skład na opakowaniu:


opakowanie

Jak na skład drogeryjny to dla mnie jest w porządku. Może i nie  powala, ale też nie jest koszmarnie długi i trudny do rozszyfrowania.  Na pewno plusem jest też szklane opakowanie z pipetką, która ułatwia higieniczną aplikację produktu na skórę.

Konsystencja serum jest lekko żelowa, nie lejąca. Zapach nie drażniący, dość neutralny jak na produkt z kwasami.

A jak z działaniem?

Niestety po dwóch tygodniach nie zauważyłam redukcji trądziku. Nie ruszyło nawet tych drobnych grudek, zaskórników zamkniętych. Nie wspomnę już o ropnych krostkach, które długo się goją. Czuję, że Serum Delia odniosło porażkę na całej linii (zwłaszcza na linii mojej żuchwy).
W tej kwestii nie zawodna  jest Maść Ichtiolowa z apteki (której szczerze nie znoszę przez jej zapach i rzadko stosuję).

Jeśli znacie coś skutecznego na trądzik i zanieczyszczenie skóry po lecie i filtrach to dajcie znać w komentarzu.


Wizyta u naturopaty czy warto?

niebo cuda


A może tak spróbować naturalnym metod leczenia?


W ciągu ostatnich tygodni moje myśli krążą wokół nieco odmiennych tematów niż kosmetyki czy sprawy lekkie i przyjemne. Niestety życie czasem przynosi trudne sprawy do rozwiązywania i trzeba się z tym zmierzyć. Nie będę tu spowiadać się z moich spraw rodzinnych. Całe szczęście nie musicie drodzy czytelnicy tego czytać. A są sprawy, które warto podkreślać, wydobywać na światło dzienne i uświadamiać innych. Nigdy nie wiadomo, czy komuś się nie pomoże jednym tekstem. Ziołami, dietą, naturalnym leczeniem interesuje się od dawna i cały czas poszukuje dla siebie i rodziny odpowiednich rozwiązań. 

I w końcu Naturopata spada mi z nieba!


Jedną ze spraw, która mnie ostatnio zajmuje jest Naturopatia czyli metoda leczenia w sposób naturalny.

Oczywiście czytałam już od dawna o tym, że są tacy ludzie, którzy leczą ziołami, kamieniami, biorezonansem, dietą, zdrowym stylem życia. Dotychczas miałam szansę tylko czytać o nich w internecie lub w książkach.  Co innego czytać o tym, a co innego spotkać Naturopatę na żywo. Osobę z darem, talentem, charyzmą. Osobę, która po 5 minutach rozmowy stawia ci diagnozę taką jak lekarz po paru badaniach i wizytach. Osobę, która jedną, krótką rozmową jest w stanie zmotywować Ciebie do zmian w swoim życiu. To jest po prostu człowiek, który wydziela pozytywną energię. Jeśli ktoś nie działa na mnie pozytywnie, to nie będę z takim człowiekiem rozmawiać. Nie raz spotkałam na swojej drodze lekarza medycyny konwencjonalnej, który odpychał mnie swoich sposobem bycia. Nie budził zaufania i przez to nawet nie chciało mi się wykupić recepty. Bardziej zdaje się na swoją intuicję i dzięki temu może jeszcze jakoś funkcjonuję. Zresztą uważam, że nawet lekarz zwykły powinien umieć z człowiekiem rozmawiać.

Naturopata z krwi i kości.

Zdaje sobie jednak sprawę, że wiele osób nie wierzy w tego typu praktyki i nie ma się co dziwić. Pełno jest pseudo-uzdrowiecieli, którzy chcą od nas tylko wyciągnąć pieniążki. Zakładają sobie konta na youtube. Nagrywają filmiki, które biją rekordy popularności. Wiele osób się nabiera, bo jak to mówią: tonący brzytwy się chwyci. Kiedy medycyna konwencjonalna zawodzi, wkraczają metody naturalne. Najlepiej jednak nie rezygnować z terapii zaleconej przez lekarza, jeśli nam ona nie szkodzi. Żaden mądry Naturopata nie każe Ci odstawić leków, które bierzesz parę lat. A dobry Naturopata współdziała z lekarzem medycyny konwencjonalnej. Na bieżąco monitoruje wyniki badań. Musi mieć wykształcenie wyższe medyczne.  Zwykły Janusz po liceum też może się wyszkolić na zielarza, ale to nie będzie Naturopata. Często chodziłam do takich sklepów zielarskich, gdzie pani chciała mi wcisnąć co kolwiek, byle bym tylko kupiła i nie wyszła z gołymi rękami ze sklepu. Ten pseudo zielarz choćby się sam tak nazwał, założył sobie sklep, zarejestrował działaność itp. nie będzie osobą odpowiednią by skutecznie leczyć. Naturopata musi mieć pojęcie o tym, jakie leki mogą być łączone z ziołami, aby pacjentowi nie zaszkodzić. Zleci badania laboratoryjne i poprawnie zinterpretuje wyniki.  Ma pojęcie na temat psychologii, umie dotrzeć do schorowanej duszy, bo i choroby często biorą się od stresu, a objawy są zewnętrzne.

Jednym słowem cieszę się, że spotkałam taką osobę na żywo i mogę przekonać się na własnej skórze jakie ma umiejętności. Dotychczas za prowadzone konsultacje nie wzięła ode mnie ani grosza, a już wiele pomogła mnie i mojej rodzinie.

Mam nadzieję drodzy czytelnicy, że tym tekstem nie popełniłam gafy i dobrze opisałam temat. Często piszę opierając się na własnym doświadczeniu i wiedzy.  





Poduszka z lateksu na problem z kręgosłupem szyjnym

pillow

Kto w dzisiejszych czasach nie narzeka na kręgosłup? 

To już chyba jest plaga, bo wszyscy wkoło zestresowani i z obolałymi plecami. Podstawa, wiadomo to ćwiczenia, higieniczny tryb życia. I mam tu na myśli dbanie o siebie. Nie przesiadywanie godzinami w jednej pozycji, czy też całkowity brak ruchu.

Długo nie zdawałam sobie sprawy, że moje napięcia w karku pochodzą od głowy, nie od nadmiaru obowiązków. Wiadomo, że trzeba to wszystko umieć wypośrodkować.
Przede wszystkim dać sobie LUZ i po prostu dobrze się wysypiać. Tak mało i aż tak wiele!
Jak już  przechodzimy do snu, to niestety mam z tym kłopoty. Materac już nie pierwszej nowości, a poduszka to dopiero była zgroza. Nie zmieniana od lat z pianki memo-soft, która przecież też się niszczy. Obecne przedmioty, którymi się otaczamy niestety są małej trwałości. 

Dlatego właśnie pierwszą rzeczą jaką wymieniłam była poduszka, bo to tańsza sprawa niż materac.

Zdecydowałam się na Poduszkę Lateks perforowany marki Good night. 


Marka mi mało znana, pierwsza jaką znalazłam na allegro, poduszki w rozsądnych cenach i fajne materace. Sprzedawca miał wiele pozytywnych komentarzy, prawie 4000. znajdziecie go pod nazwą Goodnight_com

pillow


Czy to był wybór przekonałam się dopiero po paru dniach. 

A jakie obietnice mnie skusiły?


Poduszka z perforowanego lateksu, antyalergiczna, wymiary 43x31x11. 
Pokrowiec pikowany, przyjemny, grubszy materiał, możliwość prania.

Materiał z jakiego jest wykonana czyli Lateks ma zastosowanie m.in.  w profilaktyce schorzeń kręgosłupa oraz reumatycznych. 
Zapewnia wentylację, jest miękka, sprężysta, dopasowuje się do kształtu ciała.

poszewka i środek


Czy jestem zadowolona z poduszki Lateksowej Good night ?


Po przesiadce z poduszki memo-soft czułam się troszkę dziwnie, bo tamta była bardziej miękka, ale jak się okazuje dla mnie już zbyt miękka i zdecydowanie za niska! Przez to ciągle z rana miałam zdrętwiałe dłonie. I przez to ciągle cierpiałam na bóle karku. Pierwsze dni oczywiście nie mogłam się przyzwyczaić i usnąć. A jak już poszłam spać, to rano budziłam się bardziej wypoczęta. Nie zdawałam sobie sprawy, że ta stara poduszka tak mi szkodziła. Nareszcie po paru nocach z nową poduszką czuję, jak wypoczywam nocą.  Naprawdę szczerze polecam i nie jest to wpis sponsorowany. Genialna poduszka i tyle! 




Praktyczne Zakupy domowe i szampon w kostce

torba

We wrześniu miało nie być zakupów, ale uzbierało się trochę braków domowych. Zakupy zerowaste, to zawsze inna kategoria. Bo robię coś dobrego nie tylko dla siebie, ale i dla planety. Warto takimi zakupami się chwalić, aby inni poszli za przykładem. Znalazłam świetny sklep internetowy:  cudanatury.eu i mogę go Wam z czystym sumieniem polecić.  Obsługa na najwyższym poziomie.

A oto moje zakupy zerowaste:

Akcesoria do mycia naczyń:

Zmywające Gar Mydło Bezzapachowe Klareko. Prostokątna kostka o wymiarach 8x7. Płyn do mycia naczyń w kostce. INCI: Sodium cocoate, Aqua, Potassium cocoate, Sodium bicarbonate. Prosty skład, wegański, bezpieczny dla środowiska, bez plastikowego opakowania. Zapakowane tylko w papierową torebkę. Wystarczy położyć w pojemniczku na umywalce i nabierać pocierając szczotką. Na razie mydła jeszcze nie wypróbowałam więc nic nie napiszę, jak myję i czy jest skuteczne. Ale opinia na pewno będzie na blogu. 
Szczotka do naczyń, wykonana z drewna  bukowego. Włosie sztywne, grube i mocne. Nie jak w tych tanich chińskich szczotkach z plastiku. Drewnianą rączkę należy przed pierwszym użyciem zaimpregnować olejem, o czy ja oczywiście zapomniałam. Producent szczotki deklaruje, że szczotką można myć bez użycia płynu do mycia naczyń. Nadaje się też do mycia naczyń z teflonu. Szczotka ma taki kształt, że bez problemu umyję się nią garnek, talerz, jak  i szklankę. Bardzo poręczna, wygodna, pozwala zaoszczędzić skórę dłoni, która nie ma tak kontaktu z wodą i detergentem, jak np przy używaniu gąbki. Wygląda na trwałą i solidną. Myślę, że będę takie kupować jak mi się ta rozwali za jakiś czas. Jest gwarancja, że nie będzie się rozkładała 300 lat. 

Lenmyjka Mniejsza Klareko, wykonana w 100% z włókien lnianych. Wymiary 11x10. Kupiłam z zamiarem mycia kubków i szklanek, bo nie mam zmywarki a gąbki są bardzo nie higieniczne i mało trwałe. Taką myjkę bez problemu można wrzucić do pralki i stanie jest znów higieniczna. Jak sobie tak na tą Myjkę patrzę,  myślę że takie coś można zrobić bez trudu w domu,  jeśli się umie robić na drutach czy szydełku. Ja niestety nie umiem i nie wiem też skąd bym wzięła len? Także myjka dla mnie jest dobrym rozwiązaniem. Koniecznie kupcie sobie parę sztuk na zmianę. 

akcesoria

Szczotka do garnków wygląda tak:

szczotka


Wielorazowy, bambusowy wacik kosmetyczny, mam dwa kolory różowy i czerwony, ale ten drugi jest w łazience akurat, więc nie ma go na zdjęciu. Używając go na początku widzę, że przy częstym praniu ręcznym frotta troszkę gubi nitek.  Z biegiem czasu ten problem znika i wacik prany  nawet w pralce zachowuje kształt. Myślę więc, że jest to trwały materiał.
Jeśli ktoś chce używać ten wacik do demakijażu?  Wymiary ma spore,  bo 9x9, a frotta w dotyku wydaje się miła. Jednak wacik po zmoczeniu wodą robi się troszkę zbyt szorstki, aby zmywać nim tusz i okolice oczu, przynajmniej dla mnie. Do aplikacji toniku natomiast jest zbyt chłonny, trzeba by było zużywać dużo produktu na jeden raz. Ja tonik nakładam po prostu palcami, ale ostatnio w ogóle już  nie używam. Zbędny punkt pielęgnacji ? Obecnie dla mnie tak.
Wacików będę używać do zmywania samej buzi, bez okolic oczu np. mleczkiem kosmetycznym. Jak widać  muszę jeszcze poszukać swoich idealnych wacików wielorazowych. Ogólnie mam problem ze zmywaniem okolic oczu od kiedy przestałam kupować waciki jednorazowe, ale nie poddaje się i szukam dalej idealnego produktu.

Szampon w kostce Dzikie zioła do włosów przetłuszczających się, marki Lamazuna. Waga 55 gram.
Skład: Sodium cocoyl isethionate, Cocos nucifera (coconut) oil *, Montmorillonite, aqua, illite, stearic acid, palmitic acid, caprylyl/capryl glucoside, coco glucoside, parfum/fragrance, CI77288, tocopherol, helianthus annus (sun-flower) seed oil.
Szampony w kostce chciałam wypróbować już dawno temu. Moje próby mycia skóry głowy mydłem niestety poległy z powodu uczucia nie domycia. Przeraziło mnie jednak ile ja generuje butelek po szamponach. Rozwiązanie jest takie, albo kupować w szkle, co nie jest bezpieczne, jak się ma małe dziecko w domu. Albo szampon w kostce, a tych jest już coraz więcej na rynku. Szamponu użyłam dopiero raz i widzę, że włosy po nim nie są sztywne ani matowe, jak to bywało po mydłach, więc zapowiada się dobrze. Na pewno wspomnę jeszcze o nim na blogu.

gadżety

Szampon w kostce Dzikie zioła do włosów przetłuszczających się:

skład

Woreczek lniany od Babci Marceli to ostatni z zakupów. 

Wymiary 26x28. Uszyty z dobrej jakości grubego materiału. Wszyty tunel i sznurek do zamykania. Woreczka mam zamiar używać do przewożenia pieczywa ze sklepu, wtedy gdy nie piekę chleba w domu.  Zazwyczaj biorę chleb w całości i nie kroję, bo dłużej się taki przechowuje. Woreczek lniany ułatwia przechowywanie pieczywa w domu. Zachowuje ono dłużej świeżość, a jednocześnie nie pleśnieje tak szybko. Dobrze jest kupić sobie parę woreczków na zmianę, aby jeden był w domu, drugi w torebce, a trzeci trzeba też wyprać.  Polecam, świetna jakość, nie deformuje się w praniu.

worek


worek


Bardzo się cieszę ze zrobionych zakupów. Takie produkty do domu są zawsze przydatne i mam nadzieję, że ich trwałość pozytywnie mnie zaskoczy. Na pochwałę zasługuje też sposób pakowania zakupów, sto procent bez folii. Paczka dotarła szybko firmą kurierską.


Zawsze możesz zacząć na nowo...

autumn

Zmiany w życiu bywają ciężkie do wprowadzenia.

Czasem coś sobie postanowię, wydaje mi się, że tego naprawdę chce, a życie niestety wszystko weryfikuje. Tak naprawdę pora roku nie ma tu znaczenia. Ważne, to podjąć decyzję i wiedzieć, czego się naprawdę chce.


Nie zmiennie, od lat walczę z uzależnieniem od cukru. Tak naprawdę cukier to nie jest zło. Złem jest uzależnienie od cukru, silny, nie kontrolowany przymus jedzenia czegoś słodkiego. Potrzeba stałego spożywania go, w dużych ilościach. Mózg już jest tak uzależniony, że nie sposób zerwać z tym nałogiem.  Dlaczego ciągle do tego wracam? Bo źle się czuję sama ze sobą. Nie chodzi wcale o sylwetkę, ale o zdrowie. Niby są kampanie promujące zdrowe odżywianie. Powszechne jest stwierdzenie, że cukier karmi raka.  Ale im bardziej jestem świadoma zła, jakie czyni, tym bardziej ignoruje zagrożenie i pragnę go w moim życiu coraz więcej i więcej. Aby był obecny po obiedzie, jako deser, przy drugim śniadaniu, do kawki, na spotkaniu rodzinnym itd.  Aby zatracić się w tym upojeniu cukrowym, nie myśleć, że to mi szkodzi, tylko po prostu jeść,  jeść i jeść... bez końca.  Rozkoszować się... Bo zawsze jest okazja, by zjeść coś słodkiego. Półki sklepowe wcale nie ułatwiają podjęcia decyzji o rzuceniu nałogu. Po co mam sobie odmawiać przyjemności, życie jest takie krótkie...

Tu nie chodzi wcale  o sam cukier, ale i jego spożywaną ilość. Bo tak naprawdę nawet trucizna, jeśli jest dozowana, to może wcale nie szkodzić. Trzeba znaleźć złoty środek w tym wszystkim, aby nie tracić przyjemności, a jednak zdrowym być.

Teoretycznie ja nie mam cukrzycy. Nie mam chorób stwierdzonych i traktowanych poważnie przez medycynę tradycyjną. Więc dlaczego miałabym trzymać dietę? Znam ludzi, którzy mają nawet cukrzyce insulino-zależną, nie trzymają żadnej diety w myśl zasady:i tak trzeba na coś umrzeć.  Ale czy koniecznie umrzeć w wielkich męczarniach? Może jest szansa jeszcze cieszyć się zdrowiem przez długie lata, dozować sobie tą przyjemność. Poeksperymentować z przepisami, wypróbować zamienniki cukru i nie spożywać tego co najgorsze, czyli sklepowych słodyczy. Bo wtedy nie ma kontroli nad ilością spożytego cukru. Jest coś takiego w tych słodyczach, że im więcej się ich jada, tym bardziej one wciągają: sztuczne aromaty, barwniki, poprawiające konsystencję, zapach. Strach w to wszystko wnikać. Bo niby to jest dopuszczone do obrotu, ale tak naprawdę nie ma długoletnich badań i obserwacji. Nie chce być już świnką eksperymentalną, grupą statystyczną której to akurat zaszkodziło. Zbyt wiele mam do stracenia, jeszcze jest co na tym świecie podziwiać, więc walczę dalej...Ktoś się przyłączy?


Więc od jutra?  kawa Inka z ksylitolem i mlekiem roślinnym. Ciasto domowe z otrębami i na słodziku. A batonik pozostanie fikcją, albo będzie tylko raz na jakiś czas.




Ciasto czekoladowe, prosty przepis

brownie


Jakiś czas temu,  w cukierni jadłam pysznego torcika brownie. Zachwycał smakiem:

Był mięciutki, wilgotny, a aromat czekolady zniewalający. Torcik był w środku jeszcze przełożony konfiturą. Po prostu niebo w gębie.  Myślę sobie, dlaczego by nie spróbować w domu upiec takiego ciasta? Ceny w cukierni niestety są takie, że można sobie pozwolić tylko na kawałek torcika.  No cóż, życie nie pracującej matki...

Kupiłam więc składniki, a następnie szukałam przepisu, 

oczywiście w internecie, bo najprostsza droga. Nie chciałam z fasoli, nie fit, ani vege itp.
Chciałam prawdziwe, słodkie ciasto.  Osobiście mi to ciasto wydawało się proste do wykonania, dlatego kupiłam podstawowe składniki do ciasta w sklepie, nie patrząc nawet na przepis.
Całe szczęście okazało się, że wszystkie składniki miałam w domu. Najważniejsza tak naprawdę jest tu czekolada, bo ona decyduje o aromacie wypieku. Wybrałam czekoladę gorzką 70%, zwracając uwagę, aby nie było w niej tłuszczu utwardzonego palmowego.
Przepis wyszukany w internetach oczywiście musiałam zmodyfikować według własnego uznania. Ponieważ nie mam wagi kuchennej wszystko robię na oko i mierząc szklanką bądź łyżką. 


Składniki na ciasto:


  • 2 tabliczki czekolady po 100 gram każda (u mnie gorzka 70%)
  • kostka masła 200 g (lub inny tłuszcz np kokosowy)
  • cukier wg uznania, u mnie pół szklanki (250 ml)
  • 3 jajka 
  • 2 nie pełne szklanki mąki (użyłam tortowej, można spokojnie spróbować innych)
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • aromat do ciast (jeśli ktoś lubi)

Polewa:

  • 3-4 łyżki oleju kokosowego
  • 3-4 łyżki cukru pudru
  • 2-4 łyżki karob/ lub kakao ciemne
Wszystkie składniki polewy rozpuścić na bardzo wolnym ogniu, intensywnie mieszając. Nie gotować. Polewę przygotować jak już ciasto będzie gotowe i wystudzone. 

Sposób przygotowania Ciasta :

Najpierw rozpuszczam masło i dodaje czekoladę podzieloną na kosteczki. Roztapiam na bardzo wolnym ogniu. Zdejmuje z ognia. Jajka mieszam intensywnie z cukrem za pomocą rózgi. Dodaje do jajek roztopiony (nie zbyt ciepły!) tłuszcz i naprzemiennie mąkę wymieszaną z proszkiem. Wszystko dokładnie mieszam łyżką. Gotowe ciasto przelewam do formy (wymiar około 21x28) i wstawiam do piekarnika nagrzanego 160 stopni, piekę około 30-35 minut. 
Wystudzone ciasto polać polewą. 

Ciasto czekoladowe robi furorę w internecie.  To taki lepszy kuzyn naszego poczciwego murzynka, który też jest bardzo prosty do upieczenia. 
Kto nie lubi ciasta czekoladowego? Czy znajdzie się taka osoba? 


Lirene BB Master Blur Matujący Krem BB z kwasem hialuronowym

bb cream

Lirene BB Master Blur Matujący Krem z kwasem hialuronowym  jest kosmetykiem, który zapowiadał się nad wyraz obiecująco.


Producent na opakowaniu kusił wieloma obietnicami: 

Lirene Krem BB miał zapewnić wyrównanie kolorytu, długotrwale nawilżać, maskować niedoskonałości, rozświetlać i dodać blasku, wygładzać i upiększać cerę.

Szczerze, to jednak nie spodziewałam się cudu za taką cenę.  Poza tym z marką Lirene to nie lubię się jakoś bardzo. Chociaż ostatnio parę kosmetyków mnie zainteresowało. Jest to jednak marka drogeryjna, nie mówię że totalnie zła. Ale dla mnie to takie kosmetyki na przetrwanie. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. 

Opis produktu na opakowaniu:


opis

Wiem, że mało widać, ale opakowanie jest takie jakby błyszczące i mój aparat tego nie uchwyci. Natomiast pudełeczko pięknie kusi na półce sklepowej. 


Cena w internecie około 22 zł, stacjonarnie kupiłam za 14 zł w Laboo/wyprzedaż. Nie dałabym teraz za niego normalnej ceny.
Pojemność 40 ml. Opakowanie typowe jak drogeryjny, tani podkład, dodatkowo zapakowane w kartonik.
Ważność 6 miesięcy od otwarcia.
Dwa odcienie do wyboru: nr 01 Beżowy i nr 02 Naturalny.
Posiadam nr 01.

Skład na opakowaniu: 

INCI

Skład INCI?
Niestety nie znalazłam w internecie aktualnego składu, więc musicie patrzeć na opakowaniu

Jak Krem wygląda na skórze:


swatch


Po roztarciu:

swatche

Moje wrażenia po paru dniach stosowania Kremu BB:


Jak widać po dokładnym roztarciu Krem Lirene jest prawie nie widoczny na skórze.  Nie możemy więc liczyć na ukrycie większych niedoskonałości. Może  tylko delikatne wrażenie wygładzenia. Skóra wygląda jakby lepiej. Zasługa silikonów? Co prawda na końcu są barwniki, tlenki żelaza i dwutlenek tytanu, więc jakieś barwienie skóry jest. Odcień bardzo dobrze dopasowuje się do naturalnego kolorytu skóry. Dwa kolory według mnie są więc zupełnie zbędę, skoro ten jaśniejszy tak dobrze dopasował się do mojej ciemnej karnacji. 

Krem BB daje za to matowy efekt i nie ściąga skóry.  Jest też uczucie nawilżenia, co prawda krótkotrwałe i dla przesuszonej cery go nie polecam.  W  świetle widoczne są  też złote mikro-drobinki. Jak dla mojej 38 letniej cery nie jest to kosmetyk zbyt korzystny, słabo rozświetla i nie dodaje blasku.  Co prawda nie wchodzi w pory i nie podkreśla paskudnie zmarszczek. Jednak młodego wyglądu skórze też nie zapewnia. Być może moje odczucia są spowodowane tym, że miałam wcześniej okazje stosować krem  BB z naturalnym składem, więc ten drogeryjny nie ma nawet szans tamtemu dorównać.

W sumie to nie jestem tym BB Master Blur zawiedziona, bo nie kosztował wiele, więc i oczekiwania nie były wysokie. Jednak jak ktoś oczekuje od kremu bb nawilżenia, lżejszego krycia, to tutaj niestety może Was spotkać zawód. 




Dlaczego mąż nie daje mi kwiatów?

rose


Wiele kobiet zapewne nie raz zadaje sobie to pytanie: dlaczego mój mąż, partner nie daje mi kwiatów?

Przyznam, że i ja  dręczyłam się tym pytaniem przez jakiś czas. Bardzo lubię kwiaty, zachwycam się  zwłaszcza takimi w naturze. Rosnącymi w ogrodzie, czy widywanymi w sklepie, na wystawach kwiaciarni. Uwielbiam ich zapach, kolory, faktury. Jestem romantyczką, nie ma co ukrywać. Zaczytywałam się swego czasu w romansach, odpływając zupełnie od rzeczywistości. Niestety mój partner nie jest romantykiem. A wiele kobiet zapewne też nie zdaje sobie z tego sprawy, że mężczyzna rzadko kiedy jest  romantykiem. Może daje kwiaty, kiedy się o mnie stara, w fazie zdobywania. Małżeństwo, czy stały związek zwalania go z tego obowiązku. 

Uświadomienie sobie różnic między płciami bardzo pomaga w rozpracowaniu własnego żalu do losu, dlaczego nie trafił mi się książę z bajki? 
Bo życie jest zwyczajne, składa się z codzienności. Zwykłych rzeczy, jak pomoc w obowiązkach, dzielenie jest wzajemnie troskami i radościami. Najważniejsza chyba jest dobra komunikacja w związku. Słyszałam o przypadkach, czy nawet widziałam to w filmie, że facet bije a na drugi dzień przynosi kwiaty. To może ekstremalny przykład, ale dobrze pokazuje nam, jak trzeba doceniać przede wszystkim spokój, stabilizację  i drobne codzienne uprzejmości. Związek dwojga ludzi to sztuka kompromisu. Od męża oczekuje pomocy, tego że mogę na niego liczyć, a nie aby nosił mnie na rękach. Oczywiście zapewne są na świecie tacy faceci idealni, co i kran zmieni i śniadanie do łóżka przyniesie. Czy jednak bez takich gestów dam radę przeżyć kolejny dzień? Myślę, że tak i wcale nie będę się użalać na swoim losem.

Dobra, nie daje mi kwiatów, ale ma wiele innych zalet (i wad), bo to tylko człowiek, nie Super Hero. 

Pozostanę więc przy moich romantycznych wyobrażeniach i książkach. A na co dzień będę się po prostu cieszyć każdym spokojnym dniem w związku. Gdyby mąż zaczął teraz przynosić mi kwiaty, to zaczęłabym go podejrzewać, czy z jego głową wszystko dobrze? Czy czasem mnie nie zdradza, albo że coś przeskrobał i próbuje odwrócić moją uwagę. Tak, z pewnością nie byłoby to zgodne z jego osobowością.

A co z rocznicami, urodzinami i innymi okazjami? Tu jednak też będę praktyczna i wolę po prostu coś przydatnego. Nie koniecznie też materialnego? Może wycieczka, kolacja, albo to że mogę sama pójść na zakupy i maż zostanie z synkiem. 
Dłuższy staż w związku to jednak już zupełnie inne oczekiwania i relacje. Tego Wam życzę kobiety, spokoju i wzajemnego zrozumienia.  






Bielenda Botanic Formula Peeling

kosmetyk

Rzadko ostatnio kupuje Peelingi do ciała, bo osobiście wolę domowe zdzieraki z kawy lub z cukru. Szybko, tanio i ekologicznie. 

Jednak przy niedawnej wizycie w drogerii, podczas jej likwidacji trafiłam na Bielenda Peeling do ciała Imbir + Dzięgiel nawilżająco-ujędrniający. Cena była około 14 zł, więc myślę, szkoda go zostawić na półce. Czy jestem zadowolona z tego zakupu teraz, kiedy produkt już wypróbowałam? Niestety ciężko odpowiedzieć jednoznacznie, dlatego w dalszej części wpisu wyjaśnię Wam co i jak:

Produkt otrzymujemy z uroczym plastikowym słoiczku PET (niestety). Na półce faktycznie woła: bierz mnie. 
A na opakowaniu mamy obietnice: złuszczenia, poprawy jakości skóry, wygładzenia i nawilżenia. A to dopiero! Jak miło jest wiedzieć, że peeling może od razu  nawilżyć, dzięki czemu nie będzie potrzeby aplikowania balsamu. Ale czy rzeczywiście tak będzie, przekonamy się po jego wypróbowaniu.
Dalej to producent już poszalał z obietnicami:  zawarty w peelingu ekstrakt z korzenia imbiru ma nam przyśpieszyć spalanie tłuszczu, wspomóc wyszczuplenie i modelowanie ciała. Dzięgiel ma natomiast właściwości przeciwzapalne (akurat przy moim hashimoto). Jest i obietnica łagodzenia podrażnień.

Peeling Bielenda Botanic Formula zapowiadał się kosmetykiem wręcz cudownym. 

Liczyłam przede wszystkim na porządne złuszczenie i nawilżenie skóry zarazem. Raczej nie spodziewałam się, że parokrotne zastosowanie tego produktu mnie wyszczupli. Od tego jest rower, spacer, dietka moje drogie czytelniczki. Nie dajcie się nigdy nabrać na takie obietnice. 



słoiczek

99 % składników pochodzenia naturalnego zawsze działa kusząco?

Skład Peelingu Bielenda Botanic Formula Imbir + Dzięgiel:


napisy

Skład faktycznie nie jest zły: Gliceryna na początku, Cukier, Woda, Ekstrakty roślinne.
Osobiście wolałabym, aby było napisane co to za olej. A jest tylko Vegetable Oil czyli Olej roślinny, nie wiadomo jaki? Zapach na końcu składu. Kosmetyk jednak pachnie intensywnie i niestety sztucznie. Nie podoba mi się.

Konsystencja, wydajność:

Peeling Bielenda ma niestety rzadką konsystencje, przypominającą kisiel, z zawieszonymi w nim drobinami cukru, których nie jest  za wiele. Produkt ciężko nabiera się palcami, spływa, przecieka przez palce, ciężko jest go nałożyć na skórę. Wiele produktu leci mi do wanny, przez co marnuje się. Po aplikacji na skórę, nie czuje mocnego tarcia, cukier dość szybko się rozpuszcza. Peeling nie daje wrażenia tłustości i łatwo go spłukać ze skóry. Niestety nie pozostaje też prawie żadna, odżywcza warstwa na skórze, przez co konieczne jest użycie po zabiegu balsamu do ciała. 

Jestem zwiedziona Peelingiem z serii Botanic Formula. Z pokorą wracam do domowych peelingów, wykonywanych raz na jakiś czas. 

Jestem ciekawa czy seria Botanic Formula też Was zawiodła, czy może jest to hit?



Metamorfoza półki z Biedronki z farbą Jedynka

półeczka


Nigdy nie przypuszczałam, że przeróbki meblowe tak mnie wciągną.

Na razie zaczynam od rzeczy małych, aby nieco sobie po praktykować. Jakiś czas temu już na Instastory pokazywałam Wam czym się zajmuję. Z pomocą męża wzięłam się za przeróbkę półki z biedronki, która już mocno mi się znudziła. Tego typu półki ścienne były dostępne w ofercie biedronki pod koniec sierpnia. Moja półka była kupiona parę lat temu.

Tak więc nowa półeczka już sobie wisi kilka tygodni na miejscu  i cieszy moje oko. A ponieważ starą półkę przecięłam na dwie części, to druga część sobie czeka grzecznie w garażu. Na razie nie mam pomysłu, gdzie powiesić tą drugą część, więc  nie zabieram się do pracy. 
Pierwszą i najtrudniejszą rzeczą zajął się mąż. Musiał starą półkę zdjąć ze ściany ponieważ była mocowana na kołkach z wkrętami. Następnie przeniósł ją do garażu, wymierzył odpowiednio. A gdy miał czas przeciął mi tą półkę na dwie części. Do tego celu użył wyrzynarki, ale nie powiem Wam co to za marka, ponieważ pożyczył ją od kolegi. Później wygładził mi brzegi półki . 

Sama już, na spokojnie wygładziłam ścianki półki papierem ściernym. Dokładnie odpyliłam szczotkeczką i mogłam zabrać się za malowanie. Do tego celu wybrałam farbę Jedynka Deco and protect, Drewno i metal w kolorze Niebieski Jasny, satynowy połysk.  Jednak błędem było użycie do malowania pędzla kiepskiej jakości. Ponieważ półka wyglądem tylko przypomina naturalne drewno, a tak naprawdę jest z płyty meblowej, to farba wcale w to nie wnika, a brzydko się marze po powierzchni. Zdaje sobie  jednak sprawę, że jestem w tym początkująca i uczę się na własnych błędach.  Po pomalowaniu dwóch warstw nadal były widoczne brzydkie pasy, a powierzchnia nie była gładka. Szybko więc pojechałam do sklepu po wałek z gąbki, który poradził sobie z wyrównaniem powierzchni. 

Muszę przyznać, że farba  Jedynka Deco and protect jest naprawdę dobrej jakości, bo szybko wysycha i dobrze kryje, nie spływa i wcale nie ma brzydkiego zapachu. Według producenta jest ona sucha w dotyku już po godzinie. Zgadzam się z tym całkowicie, jest to bardzo wygodne rozwiązanie. Malowany przedmiot, po przyniesieniu do domu nie wydziela zapachu. Tej farby użyłam wcześniej do malowania drewnianej półeczki na książki, którą zrobił maż i pokryła powierzchnie po jednej warstwie. Jest to bardzo wydajna farba, jeśli mamy jeden nie duży przedmiot do pomalowania to wystarczy 0,2 litra farby, który kosztuje około 14 zł. Takim oto nie wielkim kosztem można w łatwy sposób przerobić jakiś przedmiot, mebel który się nam  już znudził. 
 


regał


A Wy lubicie samodzielne przeróbki różnych przedmiotów?


Mixa Hyalurogel


Kosmetyki Mixa jeszcze niedawno były mi znane tylko z widzenia. Nie kusiły mnie mocno, bo używałam innego typu produktów. Jednak niedawno zaczęłam zmieniać pielęgnację na bardziej ekonomiczną i apteczną. Pewnie nie wiele z Was wie, że marka Mixa narodziła  się we francuskich aptekach. Produkty, pomimo tego że dostępne w drogerii, to mają skład opracowany pod kontrolą medyczną, są przetestowane dermatologicznie i testowane na skórze wrażliwej.


Mixa Hyalurogel Kojący Żel-Serum

Skóra wrażliwa, reaktywna i wysuszona. Większe stężenie kwasu hialuronowego i gliceryny.
48 H Intensywnego nawilżenia. Formuła stworzona pod kontrolą medyczną.


Kojący Żel-Serum zamknięty w higienicznym, plastikowym opakowaniu 40 ml.
Cena około 24 zł, np. w Rossmann. 
Z praktycznym dozownikiem, który bardzo ułatwia aplikację i dozuje nie wielkie ilości żelu.  Produkt jest wydajny, chociaż w tubce nie widać poziomu  jego zużycia. Myślę, że starczy na około 3 miesiące.

Tubka zapakowana jest jeszcze dodatkowo w kartonik z informacjami:





Mixa Hyalurogel żel nawilżający stosowałam w sierpniu jako jedyny produkt to nawilżenia mojej cery i spisał się w tej roli bardzo dobrze. Bardzo przyjemnie aplikuję się taki lekki żel na świeżo umytą buzię. Zdarzało się to robić kilka razy w ciągu dnia, kiedy były upały i często myłam twarz. Żel- Serum jest produktem lekkim, nie klei się, nie powoduje świecenia.  Skład oparty  m.in. na wodzie, glicerynie, lekkim silikonie. Zawarty w nim alkohol nie zaszkodził mojej cerze, ani nie spowodował jej przesuszenia. Według moich spostrzeżeń on po prostu odparowuje ze skóry. Plusem jest też nie duża zawartość konserwantów. Dość krótki skład stanowi mniejsze ryzyko podrażnienia wrażliwej latem cery. Stosowany nawet pod oczy  w żaden sposób nie powoduje dyskomfortu. 

Kojący Żel-Serum bardzo przyjemnie stosuje się pod filtry do twarzy, a także pod krem BB, czy nawet pod podkład mineralny w proszku. Genialnie wygładza buzie i przygotowuje ją do dalszych etapów pielęgnacji. Zastosowany po myciu twarzy od razu daje uczucie ukojenia i głębokiego nawilżenia. Nie jestem jednak w stanie stwierdzić, czy działa przez 48 godzin? Wierzę, że systematyczna całościowa pielęgnacja cery ma sens. Nie wolno zaniedbywać nawilżenia skóry, nawet latem, kiedy wydaje się nam że nie jest ono tak istotne.

Mixa Hyalurogel Mleczko Micelarne do demakijażu

Skóra wrażliwa i odwodniona. Nawilżający kwas hialuronowy. Bez użycia wody- Twarz i oczy.
Usuwa makijaż. przywraca uczucie nawilżenia i komfortu.


Ekonomiczne opakowanie z plastiku PET,  pojemności 400 ml.
Cena w popularnej drogerii ok 22 zł. 
Po miesiącu zużyłam 1/4 butelki, więc jest wydajne. 

Na opakowaniu znajdziemy wszystkie niezbędne informacje:


Mixa Hyalurogel Mleczko micelarne do demakijażu to dobra alternatywa dla popularnych płynów micelarnych.  Moim zdaniem łączy cechy płynu micelarnego i mleczka. Skóra sucha często może źle reagować na oczyszczanie zwykłym płynem micelarnym, przesuszać się i czerwienić.  Po co niepotrzebnie drażnić już i tak reaktywny naskórek. Kiedy można mu zafundować dawkę nawilżenia i ukojenia  podczas pierwszego etapu demakijażu.  Bez strachu, to mleczko nie jest tłuste, ani gęste. Bardzo przyjemne do aplikacji zarówno płatkiem kosmetycznym, jak i samymi dłońmi, pod prysznicem. Nie spływa, utrzymuje się na skórze i szybko rozpuszcza makijaż. 

Mleczko micelarne nadaje się do demakijażu całej twarzy, nawet do wrażliwych okolic oczu. Nie podrażnia, nie powoduje uczucia tłustości. Chociaż u mnie to jest etap demakijażu i po zmyciu skóry mleczkiem i tak wszystko zmywam jeszcze żelem. Mleczko poradziło sobie dobrze z tuszem do rzęs i nie pozostawiło resztek makijażu. 
Jeśli chodzi  o to czy zostaje jakaś warstwa, to owszem jest taka, ale nie jest ona uciążliwa. Według mnie jednak bez sensu jest zmyć twarz tylko samym mleczkiem. Dobrze jednak, że producent informuje, że nie wymaga spłukiwania. Stanowi to swego rodzaju zapewnienie bezpieczeństwa produktu. Jak każdej mamie zdarzy mi się, że muszę przerwać demakijaż na tym etapie, bo np syn czegoś chce i wtedy nie mam uczucia, że coś mi tam zalega na skórze i ją drażni, czy zapycha niepotrzebnie.


W tym miejscu chciałabym zaznaczyć, że kosmetyki Mixa testuje w ramach współpracy, ale moja opinia jest całkowicie szczera. Naprawdę jestem pozytywnie zaskoczona. Chociaż nie wszystko okazało się idealne, to  po miesiącu moja cera wygląda dobrze. Przede wszystkim to udało mi się pokonać letnie przesuszenie cery, które zdarza mi się co roku. Nie wiem, jak moja skóra będzie wyglądała jesienią, póki co kontynuuję stosowanie tych kosmetyków.


Copyright © Retromama.blog